Grzech – Max Czornyj

Marta wyszła z domu i zniknęła. Jej mąż zgłasza zaginięcie na policję. Komisarz Eryk Deryło łączy tę sprawę z innymi zaginięciami kobiet. Czy w okolicy grasuje porywacz, morderca, a może za tym wszystkim kryje się coś więcej?

„Grzech” to moje pierwsze spotkanie z twórczością Maxa Czornyja i komisarzem Erykiem Deryło. Niezbyt udane spotkanie muszę powiedzieć. To taka książka, jak to mawiał mój wykładowca do przeczytania ‚po przekątnej’, czyli ogarniacie wzrokiem tekst na stronie bez dokładnego czytania całości, a i tak wiecie o co chodzi. Początek zapowiadał się ciekawie. Zniknięcie Marty, niezbyt chlubna przeszłość Roberta, tajemnicze zaginięcia kobiet i jeszcze bardziej zagadkowe wiadomości od porywacza. Komisarz Deryło również wydaje się nietuzinkową postacią, choć moim zdaniem nieco niedopracowaną. Potencjał ogromny, może w kolejnych tomach bardziej rozwija się jego historia, bo chociaż w „Grzechu” sporo się o komisarzu dowiadujemy to bohater jest dość nijaki, tak pomimo ogromu informacji na temat jego rodziny i przeszłości, nie żywię żadnych uczuć wobec Deryły, nie polubiłam go, ale co gorsze również nie znielubiłam, jest mi po prostu obojętny, a to chyba najgorsza cecha głównego bohatera jakiejkolwiek powieści.  Na dodatek Deryło jest w zasadzie jedynym bohaterem książki, bo całej reszty postaci po prostu nie widać, giną gdzieś tam w ciągu zdarzeń. A propos ciągu zdarzeń – fabuła nie powala. Takie czytałam zachwyty nad twórczością Czornyja, takie ochy i achy, a tu niestety klops, albo klaps jak kto woli.

Fabuła jest nudna. Intryga kryminalna pokręcona jak łańcuszki w szkatułce, napisana w bezemocjonalny sposób, po prostu się czyta. To jedna z tych książek, gdzie nie prowadziłam sprawy razem z bohaterami. Nie tropiłam sprawcy, nie zastanawiałam się, a może to ten, albo jednak ten, ale w sumie ten też by pasował. Po prostu bezrefleksyjnie czytałam „Grzech”, by sprawdzić co będzie na końcu, a koniec też mnie rozczarował, nie w moim stylu. Autor próbował przyspieszyć nieco akcję w finale, dodać więcej dramaturgii, ale niestety nadal to było nudne. Czytałam opinie, że Czornyj pisze bardzo krwawym językiem, sceny są mocne, zbrodnie masakryczne – no cóż, tutaj też nie do końca się zgodzę. Język na pewno nie jest mocny, choć sam pomysł sadystycznego porywacza – mordercy rzeczywiście może napawać grozą, i jak się czyta opis wydawcy, to myślisz ‚wow, ale to będzie genialna książka’. Uważam, że autorowi zabrakło nieco umiejętności językowych, by przedstawić krwawą historię, bo to trzeba umieć. Mieć nie tylko pomysł, zasób słów, ale nie ukrywajmy coś w rodzaju talentu. Wiecie (pewnie wiele osób się teraz oburzy za takie porównanie) to tak jakby porównywać EL James i sławetne „50 twarzy Greya” z „365 dni” Blanki Lipińskiej. Obie są o seksie, mocnym, ostrym, wyuzdanym, ale operują zupełnie różnym językiem. EL James pisze w dużo delikatniejszy sposób, używa słów, synonimów, które nie kłują czytelnika w oczy i umysł (choć wewnętrzna bogini dobiła niejednego czytelnika) i przede wszystkim to jednak ciągle jest historia miłosna, a Blanka Lipińska wymyśliła fabułę, wrzuciła do niej dużo brutalności, gorącą wyspę, seksownych ludzi i mafię, ale język całej opowieści przyprawia człowieka o ból głowy (delikatnie mówiąc). I tak samo jest z kryminałem Czornyja, miała być krwawa historia, w stylu Nesbo, a wyszło nudno, bez polotu, z nieciekawymi bohaterami, z którymi czytelnik nie czuje żadnej więzi. Literatura i kino widziały już dużo brutalniejsze morderstwa niż te opisane w „Grzechu”.

„Grzech” to niestety nie jest moim zdaniem dobry kryminał. Tę książkę się po prostu czyta. Nie utożsamia z bohaterami, nie przeżywa ich emocji, nie ściga mordercy, nie prowadzi śledztwa wraz z komisarzem Deryłą, a tuż po skończeniu odkładasz ją na półkę i zapominasz o niej na zawsze.

 

Czytałam ebooka, więc okładka pochodzi ze strony wydawnictwa Filia.