„Czarne narcyzy”, a raczej co myślę o sadze o Lipowie

Saga o Lipowie to niekończąca się przygoda , do której czytelnika zapraszają policjanci za lokalnego komisariatu. Lipowo to takie polskie Midsomer (serial „Morderstwa w Midsomer”), wymordowano już chyba połowę wsi i kilku okolicznych wiosek, ale i tak historia nie traci na wartości. Katarzyna Puzyńska ma po prostu pomysł na tę opowieść, na mieszkańców Lipowa, na swoich bohaterów. Wplątuje ich w różne afery, stawia na rozdrożu zawodowym i miesza w życiu osobistym. Kiedy zaczynałam czytać „Motylka”, czyli pierwszy tom sagi, nie byłam nastawiona na arcydzieło kryminału. Przesiąknięta do szpiku kości skandynawskimi kryminałami szukałam czegoś świeżego, innego, bo już mi te szwedzkie zbrodnie bokiem zaczęły wychodzić (naprawdę mam wrażenie, że Skandynawowie ostatnio nie robią nic innego tylko piszą kryminały).  Katarzyna Puzyńska dała mi opowieść w stylu brytyjskiego serialu. Połączyła zbrodnię z wątkami obyczajowymi. Umieściła akcję na terenie jednej miejscowości, połączyła ludzi i wydarzenia sprzed lat. Nie skupia się tylko na wątku kryminalnym, ale dopracowuje charaktery swoich bohaterów. Każdemu daje rolę w przedstawieniu. Każde zdanie, każdy ruch, każdy najdrobniejszy szczegół ma tutaj znaczenie. Nic nie jest oczywiste, a prawda ma różne oblicza.

Postacie z książek Puzyńskiej mają życie. Prywatne, zawodowe, rodziny, dzieci, problemy. Są tacy jak każdy przeciętny człowiek. Borykają się z trudami dnia codziennego,  przytłacza nadmiar obowiązków.  Dzielą radości i smutki, a przede wszystkim zmieniają się. Tak jak my. Daniel Podgórski przeszedł drogę od takiego słodkiego misia, z nadwagą i zamiłowaniem do szybkich samochodów do faceta, który ma problemy z kobietami, synem, pracą i przede wszystkim alkoholem. Klementyna Kopp z każdą kolejną książką odkrywa przed nami kolejne warstwy swojej jakże skomplikowanej osobowości i jeszcze bardziej pokręconej przeszłości.  Weronika Nowakowska też nie jest już tą uroczą kobietą z „Motylka”. Katarzyna Puzyńska dba, by jej bohaterowie się rozwijali.  By wydarzenia, w których uczestniczą miały wpływ na ich pracę, życie osobiste, by zmieniały ich podejście do życia i prowadzonych śledztw.

„Czarne narcyzy”, ósmy już tom sagi o Lipowie przynosi wreszcie rozwiązania wielu spraw, które nagromadziły się w poprzednich częściach.  Za to również cenię autorkę, nie każe czekać czytelnikom na zakończenie wątków. Jej książki są długie na tle większości powieści, 500 stron to absolutne minimum, ale dzięki temu każdemu wątkowi poświęcono odpowiednio dużo uwagi, widać, że Puzyńska lubi mieć dopracowane najdrobniejsze detale, aby opisywane wydarzenia były jak najbardziej realne, a nić powiązań między nimi nie była niczym naruszona. Bo tu wszystko się łączy, każdy szczegół może mieć wpływ na śledztwo, dlatego ciężko odgadnąć kto zabił, bo nigdy nie jest to tak naprawdę tylko jeden morderca.

Nie będę opisywała o czym są „Czarne narcyzy”, bo wiele osób zrobiło to przede mną.  Wolałam przedstawić mój punkt widzenia na twórczość Katarzyny Puzyńskiej, bo o nowej książce nie napiszę nic odkrywczego. Jest świetna, wielowątkowa, bardzo ciekawa podstawa fabuły – legenda o drwalu, dopracowana pod każdym względem – to już wszystko zostało napisane. I to są powody, dla których warto sięgnąć po sagę o Lipowie, bo jest to kawał dobrej literatury kryminalnej, w świecie przesyconym już tego typu historiami.

  • Po Puzyńską, podobnie jak Ty, sięgnęłam po przesyceniu kryminałami skandynawskimi. Szukałam czegoś kompletnie innego, a znalazłam to samo. Oczywiście nie od razu dostrzegłam podobieństwo. Niby zupełnie inaczej niż w Szwecji czy Norwegii ale jednak tak samo. Taki sam mały komisariat jak u Camilli Lackberg, tacy sami policjanci z życiem prywatnym jak u Monsa Kallentof, takie sam morderstwa jak u wielu innych z północy. Ale jakoś inaczej się czyta, gdy jest nazwiska bohaterów kończą się na „ski”, a policyjnym odprawom towarzysz jabłecznik, nie kanapki z krewetkami. I za tę swojskość Puzyńską lubię.

    • Magda Kędzierska

      Mnie w skandynawskich kryminałach zmęczyły ciemność, ponurość, depresja, wszechogarniający smutek, i to że niektórym bohaterom (np. Annika z cyklu książek Lizy Marklund) zawsze było pod górkę, żadnych pozytywnych, najmniejszych nawet chwil szczęścia. Puzyńska mimo opisywania dość traumatycznych przeżyć jest w tym jakaś taka bardziej optymistyczna, widzi dobrą przyszłość dla swoich bohaterów. I za to bardzo ją lubię. Bo małe komisariaty i policjanci z życiem prywatnym to schemat, który znajdziemy właściwie w każdej powieści kryminalnej.