Mój plan to brak planu, czyli dlaczego nie robię postanowień noworocznych

Jestem raczej zorganizowaną osobą i bardzo tę moją organizację lubię, nawet z tą odrobiną chaosu, która się czasem wkrada. Ale nie uznaję postanowień noworocznych. 1 stycznia nie jest dla mnie żadnym powodem do planowania czegokolwiek. Wolę planować na bieżąco, z miesiąca na miesiąc, kiedy wiem już mniej więcej, ile będę mogła poświęcić czasu na daną sprawę, a nie ukrywam, że znaczenie ma też pogoda – wiosną i latem zawsze mam więcej energii i sił do działania. Wolę metodę drobnych kroczków niż od razu wielkie szczyty. Mam oczywiście pomysły czy plany, które chciałabym zrealizować w przyszłości, ale dążę do nich raczej powoli, niektóre wychodzą przypadkiem, przy okazji, inne są wynikiem tych właśnie małych kroczków i są one ogólnym zarysem, a nie celem na konkretny rok.

Nie wychodzą mi postanowienia noworoczne, bo nie lubię mieć nic odgórnie narzuconego, a tak właśnie się czuję z takimi postanowieniami. Chociaż przecież sama je sobie narzucam, to mam wrażenie jakby ktoś stał nade mną i szeptał do ucha 'jeszcze tego nie zrobiłaś', 'miałaś zacząć ćwiczyć', 'miałaś więcej pisać' itd. To mnie demotywuje. To mi przeszkadza. Sprawia, że nic mi się nie chce. Co innego luźno spisane pomysły, co innego ścisła reguła.

W tym wszystkim lubię pewną formę reżimu, rytuały, które pozwalają mi zaplanować i przede wszystkim ogarnąć dzień. System, który mówi mi kiedy jest czas na rodzinę, a kiedy na pracę, który pozwala mi zapanować nad tym małym światem. Tak, zdecydowanie planowanie jest dobre, system z odrobiną chaosu jest dobry, ale postanowienia noworoczne to w moim przypadku niszczycielska siła demotywująca.