Kupiłbyś to jeszcze raz?

https://images.unsplash.com/photo-1431608660976-4fe5bcc2112c?q=80&fm=jpg&s=34ac946970007d5d261ec7e22814942b
Czasem zadaję sobie pytanie ‘Czy książki, które mam na półkach kupiłabym ponownie?’ I wiecie co, tak kupiłabym, tylko że zdecydowana większość z nich byłaby w ebookach zamiast w papierze. Uwielbiam powieści Philippy Gregory i każdy kto czyta Stulecie o tym wie (choć dawno nic nie recenzowałam). Jej książki są pięknie wydane i nie co tu dużo mówić należą do rodzaju wielkich cegieł, co skutecznie utrudnia ich czytanie. Mam całą serię tudorowską, cykl Wojny Kuzynów i sagę rody Lacey’ów i na półce wyglądają przepięknie. Czy kupiłabym je ponownie? Tak. Czy w papierze? Nie. Mimo, że są naprawdę przepiękne, wystarczyłyby mi ebooki. Lekkie, poręczne, wygodniej się czyta. Dlaczego więc nie umiem oddać papierowych egzemplarzy i wymienić je na elektroniczne? Ano właśnie, nie umiem, bo są takie piękne. Nie ukrywajmy prawie każdy książkoholik jest również książkoestetą. Lubi ładne wydania. Najlepiej jeszcze w twardej oprawie. I ja należę do tego właśnie gatunku. Drugi raz bym nie kupiła powieści Gregory w papierze, ale tych co mam nie umiem się pozbyć. Są za ładne. Taka może trochę czytelniczo – minimalistyczna hipokryzja. Tak samo mam z powieściami mojej ukochanej Elif Shafak, Joanny Chmielewskiej, Agathy Christie.  Ostatnio doszłam do wniosku, że w papierze to mi potrzebne są właściwie tylko pozycja PWN o dwudziestoleciu międzywojennym, bo to albumy. Nie tylko pięknie wydane, ale przede wszystkim zawierają dużo zdjęć, które jednak lepiej wyglądają na papierze niż w ekranie czytnika. I tym sposobem zostało by mi około 23 książek. ‘Problem’ jest tylko jeden – nie umiem oddać tych pozostałych ponad dwustu tytułów. No cóż, każdy minimalista ma jakiś słaby punkt. Z drugiej strony jak na książkoholika moja biblioteczka jest dość niewielka.