Tak sobie myślę… – Jerzy Stuhr

Czy można w ogóle recenzować książkę takiej osoby jaką jest Jerzy Stuhr? I co to znaczy recenzować? Podsumować? Oceniać?! Nie uważam się za osobę odpowiednią, aby oceniać pamiętnik tak wielkiego człowieka. Wielkiego mądrością, sercem, duchem i wiarą.

  

Jako dziecko pokolenia lat osiemdziesiątych wychowałam się na filmach z udziałem Pana Jerzego. Tych śmiesznych „Seksmisja”, „Kingsajz” i tych poruszających „Wodzirej” czy „Amator”.  Nie sądziłam jednak, że w „Tak sobie myślę…” odnajdę jeszcze innego Jerzego Stuhra. Poznam kolejną jego odsłonę. Jako niezwykłego, choć szarego człowieka.

„Tak sobie myślę…” to jak mówi podtytuł „Dziennik czasu choroby”. Spodziewałam się więc, że autor sporo będzie o swojej chorobie mówił. Tymczasem nie. Na ponad dwustu pięćdziesięciu stronach możemy przeczytać o wszystkim. O polityce, o EURO 2012 (które właśnie teraz trwa), ale przede wszystkim o wydarzeniach w świecie kultury, teatru, filmu i o otaczającej Pana Jerzego rzeczywistości. Czytamy o wszystkim, tylko nie chorobie, która przywołana jest zaledwie kilka razy w postaci lakonicznych informacji „Kroplówki do nocy”*  lub  „Oto wpływ chemii na mózg” **. Wiele jest natomiast dygresji, wspomnień związanych z tą czy inną osobą, nagrodą, czy wydarzeniem. A wszystko tak pięknie opisane, tak mądrze. I prosto. Styl, język, forma. Wszystko idealnie zgrane i płynące z głębi serca. Z całym szacunkiem dla redaktorów dziennika, sądzę, że nie mieli oni tutaj wiele pracy. Dziennik Pana Jerzego to wytwór serca i rozumu i nie można go poddawać jakimkolwiek prawom i regułom.

Są to zapiski niezwykłego w swej zwyczajności człowieka, aktora, reżysera i nauczyciela, dzięki którym dowiadujemy się, że mimo wszystko powinno się ŻYĆ. Codziennością, teraźniejszością, przyszłością. Czytać książki (dzięki Panu, na pewno sięgnę po knigę „Tajny dziennik” Białoszewskiego), oglądać filmy, śledzić bieżące wydarzenia, choć te czasami złoszczą i irytują i planować. Co będę robić za tydzień, miesiąc, rok. I dążyć do realizacji tych planów.

Nie będę oceniać pamiętnika Pana Jerzego Stuhra. Czytając go, czułam jakbym naruszała prywatną świątynię autora. Wchodziła do jego głowy i poznawała najskrytsze myśli, marzenia i wspomnienia. Byłam i jestem nadal zachwycona tym światem. I Panie Jerzy, zachęcił mnie Pan do przeczytania „Stuhrowie. Historia rodzinna”. Chcę poznać historię i losy Waszej rodziny. Bo teraz wiem na pewno, że są one niezwykłe tak jak Pan.
Przypisy:
* Jerzy Stuhr, „Tak sobie myślę…”, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2012,
str.216.
** Ibidem, str.217.