Paranormal romance i inne…

Gdyby ta notka ukazała się na innym blogu, pewnie byłoby mnóstwo hejtu. Ale do mnie rzadko zaglądają fanki paranormal romance czy YA, więc mogę sobie pozwalać do woli.  Bo dzisiaj będzie o tym co sądzę o tych jakże popularnych gatunkach. Czasami mam wrażenie, że dzięki nim nastolatki zaczęły czytać i tak z rozpędu sięgnęły też po inne gatunki i to akurat chwalę, ale ogólnie panujący szał na wampiry, zombie, magię, końce świata i wszelkie zagłady ludzkości już zaczyna mnie denerwować. Tak, tak, wiem, że jak mi się nie podoba, to nie muszę czytać i tego nie robię. Ale szlag mnie trafia jak widzę takie ilości, nie ukrywajmy w większości przeciętnych lub słabych tytułów, które święcą triumfy na listach bestsellerów i na blogach. 

Zaczęło się od sagi „Zmierzch”, pewnie już wiecie, że nie czytałam. Widziałam pierwszy film, uznałam go za przeciętny, o książce kilkoro znajomych, zaufanych osób mówiło mi, że jest dobra, dużo lepsza niż film i w to mogę uwierzyć. Do czasu „Zmierzchu” wampiry żyły sobie spokojnie, były Kroniki wampirów i Nowe kroniki wampirów autorstwa Anne Rice, był hrabia Saint – Germain o którym pisała Chelsea Quinn Yarbro, w końcu seriale „Buffy, postrach wampirów”, „Angel” i mój ulubiony, a niestety niedoceniony „Moonlight”. A potem nastał „Zmierzch”, zmierzch dobrej literatury paranormalnej. Wydawcy (zarówno polscy jak i zagraniczni) zaczęli prześcigać się w przypominaniu starych, zapomnianych cykli oraz gorączkowo szukali nowych gwiazd, które pokochałyby miliony czytelników. I tak po osiemnastu latach pojawiły się, napisane w 1991 roku „Pamiętniki wampirów”, przykład tego jak z beznadziejnej książki można zrobić świetny serial (w USA były wznowione w 1999 i 2007 roku). Zarówno wznowiona seria książek jak i serial, a także dopisane już w ostatnich latach kolejne tomy wzbudziły ogromne zainteresowanie czytelników i widzów. Jako, że serial mi się podobał postanowiłam kupić pierwszą księgę, ale jak to bywa od razu kupiłam trzy. I o ile pierwsza księga „Przebudzenie. Walka. Szał” nie odbiegała jakoś bardzo fabułą od serialu (czy raczej odwrotnie), o tyle kolejne budziły we mnie coraz większe zdziwienie i niesmak i sama się sobie dziwię, że przeczytałam jeszcze „Mrok”, „Powrót o zmierzchu”, „Uwięzieni” i „Dusze cieni”. Zwłaszcza ta ostatnia część była dla mnie kompletnym idiotyzmem i w sumie nie wiem o co tam chodziło. L.J. Smith dopisała jeszcze ostatni tom „Północ” i na tym skończyła serię. Jednak na fali popularności wydawca wynajął ghostwritera i dopisał jeszcze cztery części „Pamiętników…” oraz sześć tomów „Pamiętników Stefano”. 


W podobny sposób postąpiono z cyklem, który bardzo lubiłam, czyli „Domem Nocy” autorskiego duetu matka – córka P.C. i Kristin Cast. Przeczytałam dziewięć tomów, przy czym w pewnym momencie czytałam bardziej z rozpędu niż z prawdziwego zainteresowania. Bardzo podobało mi się pierwsze pięć, może sześć części, później autorkom zaczęło trochę brakować pomysłów i poziom książek był nierówny, raz lepiej, raz gorzej. Sądziłam, że dziesiąty tom „Ukryta” jest ostatnim, ale jak się właśnie przed chwilą przekonałam są już kolejne dwa i podobno na nich cykl ma się skończyć. Co więcej autorki zaczęły pisać dodatki do serii, które opowiadają historię poszczególnych bohaterów – nauczycieli Smoka i Lenobii, a także wojownika Kalony, a podejrzewam, że na tym się nie skończy. Od kilku lat mówi się także o nakręceniu filmu na podstawie całego cyklu, ale jakoś ostatnio temat ucichł.

Na początku modne były wampiry. Poza „Pamiętnikami wampirów” i „Domem Nocy” pojawiła się równie „Akademia wampirów” Richelle Mead oraz książki Kerrelyn Sparks nawiązujące tytułami do znanych filmów „Ja Cię kocham a ty śpisz, wampirze”, „Jak poślubić wampira – milionera”. Z czasem pojawiły się wilkołaki i m.in. dość kontrowersyjny uważam cykl „Zew nocy” autorstwa Keri Arthur. Czytałam cztery części, podobały mi się, choć nie jest to lektura najwyższych lotów, jednak ilość seksu, która się tam pojawia przekracza granice (choć mnie to akurat specjalnie nie przeszkadzało). Później gatunek ewoluował i pojawili się „Upadli” Lauren Kate, „Szeptem” Becci Fitzpatrick, „Nieśmiertelni” Alyson Noël, „Akademia mitu” Gwen Frost, aż w końcu nastąpił przełom i na scenę wkroczyły dwie panie Cassandra Clare i Suzanne Collins. Seria „Dary anioła” i trylogia „Diabelskie maszyny” oraz trylogia „Igrzyska śmierci” święcą zasłużone podobno triumfy na listach bestsellerów światowych, a także kinowych. Nie chcę się tutaj wypowiadać, bo nie czytałam tych książek, ani nie oglądałam filmów, jednak recenzje nie tylko amatorskie, ale również pisane przez zawodowców oraz liczne nagrody filmowe świadczą (a przynajmniej mam taką nadzieję) o dobrym poziomie tych tytułów.

Ostatnio modne stały się wszelkiego typu historie o zombie, dystopie, antyutopie i wszystko co związane z zagładą ludzkości. Tutaj też jest kilka perełek „Przegląd końca świata: Feed” i „Przegląd końca świata: Deadline” Miry Grant, „Partials – Częściowcy” Dan Wells, „Piąta fala” Rick Yancey to są tytuły warte polecenia, które zbierają w przeważającej większości bardzo pozytywne opinie. Podobnie jak wątek podróży w czasie „Gorączka” Dee Shulman, Trylogia Czasu Kerstin Gier, „Magiczna gondola” Evy Völler to książki znane wszystkim fanom gatunku. Mnie zaintrygowała zaś najbardziej i mam zamiar w końcu ją przeczytać „Saga księżycowa” i jej dwie (jak dotąd) części „Cinder” i „Scarlett”. Pomysł przerobienia znanych postaci bajkowych na fantastykę brzmi trochę dziwnie, trochę podejrzanie, może niedorzecznie, ale jednak intrygująco.

Zdaję sobie sprawę, że jest to bardzo pobieżne potraktowanie tematu. Nie jestem ani fanką tych gatunków, ani tym bardziej znawczynią, jednak przeraża mnie ilość książek wypuszczanych każdego roku, traktujących o wampirach, wilkołakach, czarownicach i w ogóle magii, zombie, końcu świata, zagładzie, podróżach w czasie, a już najbardziej przerażające jest to, że w każdej z tych książek musi być wątek miłosny. On kocha ją, ale ona kocha innego, który z kolei kocha jej przyjaciółkę, ale potem jednak stwierdza, że woli tą co go kocha, ale ona go już nie kocha itd. I tak się zastanawiam skąd się wzięła moda na takie podgatunki fantastyki? Namnożyło się ich bądź wiele, paranormal romance, urban fantasy, dystopia, antyutopia, postapokaliptyczne itd. itd. Ja generalnie nazywam je paranormalami, bo jakoś nie kojarzą mi się one z regularną fantastyką jak stary dobry Sapkowski, Asimov czy Ursula Le Guin. Poza tym obecna fantastyka dla młodzieży i YA okropnie zajeżdża mi schematem. Do pewnego momentu było nowatorsko, bo rzeczywiście pojawiły się różne podejścia do wampirów, ten jest klasyczny, a ten świeci w słońcu, ten ma pierścień, dzięki któremu może poruszać się za dnia; magia i koniec świata to także tematy, które można rozwijać prawie że w nieskończoność. No właśnie, prawie! Jak wiadomo prawie robi wielką różnicę! Wspomniany wątek miłosny w każdej książce, zagrożenie, walka o życie, walka o przetrwanie, podróże w czasie – nuuuda! Autorom kończą się pomysły, a wydawcy czasami na siłę ciągną temat, bo przecież ludzie i tak kupią. 

Wszystkie opisane i wymienione tytuły to w większości te przeciętne/dobre/świetne pozycje. Jednak jak w każdym gatunku literackim są i kiepskie książki „Mroczna bohaterka”, „Morza szept”, „Mroczny książę”, „Winter”, „Córki Księżyca” i ku mojemu zaskoczeniu sporo osób krytykuje „Dziewięć żyć Chloe King”, ale być może to jeden z tych przykładów świetnego serialu i słabej powieści.

Zanim się rzucicie na mnie z każdej strony, powiem tylko, że w każdym gatunku są lepsze i gorsze książki. Zawsze panuje moda na jakiś gatunek. Mnie po prostu przeraża fakt, że jak pojawia się dana moda to wydawcy ślepo biorą wszystko co wydano zagranicą i stało się co najmniej popularne, bo o bestsellerach nie wspomnę już. Tak jest z paranormal romance, YA, urban fantasy itp., tak samo jest z kryminałami skandynawskimi, z literaturą erotyczną. Teraz modne są te gatunki, za pięć lat będą inne. Chodzi o to, by wydawcy nie brali w ciemno tytułów, bo modne, tylko by choć trochę rozgraniczyli książki lepsze i słabsze. To nie musi być podział na zasadzie wydajemy tylko te świetne. Niech wydają te co najmniej dobre, prezentujące jakiś poziom, a nie te całkiem słabe, które rzuca się w kąt po pięćdziesięciu czy stu stronach (o ile się dotrwa do tylu). W końcu literatura ma kształtować umysł, postawę, poglądy, więc niech czytelnicy (zwłaszcza młodzi) dostają wartościowe teksty, a nie gnioty. Kiedyś byłam zdania, że „nieważne co czytają, ważne by czytali”, otóż tylko krowa nie zmienia poglądów, więc moje uległy zmianie. Obserwując rynek wydawniczy stwierdzam, że tak, ważne co ludzie czytają, ważne do jakiej literatury mają dostęp i powtórzę po raz kolejny, tu nie chodzi o konkretne gatunki, tylko o zalew literatury słabej pod względem stylu, języka, treści, niezależnie od gatunku i narodowości autora.

A wy co sądzicie? Nie za dużo na rynku wydawniczym takich książek, a może za mało? Na pewno jest mnóstwo ciekawych tytułów, które mimo wysokiego poziomu nie są tłumaczone na język polski, wymieńcie je. Któraś z powyższych powieści wam się podobała, a która nie? A może macie przeciwne zdanie do ogółu czytelników i uważacie, że „Zmierzch” i „Igrzyska śmierci” to strata czasu, ale za to ubóstwiacie „Pamiętniki wampirów”? Czekam na wasze komentarze! I nie bójcie się – następnym razem wezmę się za kryminały, a tutaj mam mnóstwo przemyśleń, bo jak wiecie uwielbiam zbrodnicze historie.

*wszystkie obrazki zostały zaczerpnięte z czeluści komputera Gosiarelli, a ta zapewne ma je z internetu:)